Wegrzyn-TANZMUSIK

 

Ładne jest na początku

 

 

Jest dobrze, od pierwszych minut. Początkowo delikatnie, przypominają się pierwsze odsłuchy ze stajni Scape. Po chwili coś nie gra. Brakuje spodziewanego. Zaczyna uwierać. Koniec wygodnego słuchania, a jak pod skórę wejdzie to zaczyna swędzieć. Najnowszy album Wegrzyna jest jak papier ścierny. Od drobnego ziarna do grubego i drażni słuchacza, hipnotyzuje. Krucha rytmika, myśl od razu ucieka do porównania „owadzia”, pękające chitynowe pancerzyki. Wegrzyn się nie patyczkuje. Wystawia słuchacza na próbę pozornego „niedziania się”. Niby frywolnie jest, lekko, a nie jest. To nie jest płyta do której mam ochotę wrócić od razu po jej odsłuchaniu. Musi sobie poleżeć na półce. Tak miałem z poprzednim albumem artysty. Tak samo mam i teraz. Chociaż jej koniec też jest ładny.

Reklamy

Pod słońce

z

Wjeżdżamy stromo pod górę. Miasteczko pięło się przez chwilę. Pod słońce. Pierwsze docierają do nas zapachy pleśni i zgnilizny. K. nazywa to zapachem starego miasteczka. I wszechobecny zapach dymu. Paleniska węglowe. Mimo że słońce jeszcze grzało, to mury zdążyły już złapać pierwsze nocne przymrozki. Wyślizgana kostka brukowa, krzywe chodniki i spękane krawężniki. Miejscami rozlane asfaltowe łaty. Warsztat szklarski, w którym nic nie było poza lada i kilkoma lustrami pokazującymi liszajowaty sufit. Nagle nowy bruk, granit i ławki. Nowocześnie, a w bramie staroświecko mężczyźni stali, kołnierze podniesione pod napuchniętymi twarzami. Powtarzalna gestykulacja i niepewne nogi. Na murze stary szyld uliczny Marszałka Józefa Piłsudskiego namalowany ręką znająca jeszcze naukę kaligrafii.

Sklepy wszelkiego towaru, wszystkie otwarte. I tylko dwa bary. Oba jakby mleczne, lecz tylko jeden z nich zapraszając do siebie mryga okiem wieczornych dansingów. Parkiet pod stołami wytarty tysiąckrotnymi posiłkami. Posiłki abonamentowe, szeleszczące torby, zakręcane słoiki i uśmiechy do pani Anetki, do zobaczenia jutro. Tradycyjna kuchnia, gdzie powiewem nowoczesności są sosy, takie same, jak na stacjach benzynowych wciskają do hot dogów. Wychodzimy, na drogę frytki zalane keczupem, w papierowej tytce zawinięte w torebkę foliową. Na wynos. O tym że to już XXI wiek przypominały jeszcze plakaty wyborcze. Wszędzie te same napięte miny i tylko barwy tła i pasków mówiły, że się różnią od siebie. Jak konkurs na najlepsze stężałe twarze.
Czterdzieści minut i znów do auta i ponownie wyszlifowanym brukiem w dół. I jeszcze stary opuszczony kiosk, który byłby znakomitym punktem dowodzenia. Obserwatorium miejskim. I znów w sznurek aut, ciężarówek i busów wożących powietrze chyba, bo wspinają się bez problemu. Za nami zostaje Złotoryja.

Izrael już nie frunie

Izrael już nie frunie, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec, 2006

[Notatki z lektury]

 

izrael-juz-nie-frunie-b-iext6176404

 

Jakże to odmienna książka od  14.57 do Czyty.

Muszę, a raczej chcę wierzyć autorowi w jego słowa, obserwacje. Chcę bo mnie tam nie było i może nie będzie, a nawet jak się zjawię, to będę tam przez chwilę. A więc muszę mu wierzyć.

Smoleński inaczej niż Miecik pisze o tym co go spotyka. Rosja opisana była bardziej z wierzchu, bardziej jak pocztówki. Sam pamiętam takie obrazki z wizyt na Ukrainie. Smoleński zatrzymuje się. Nie wiem czy to wynika z klimatu, gdy w upalne dni wygodniej jest zatrzymać się i usiąść przy miętowej herbacie by nie tracić sił. Czy wynika to z natury ludzi żyjących w rozpalonych murach i przestrzeniach, w słońcu i cieniu. Tego nie wiem. Oba rejony w jakiś sposób znam, oczywiście poprzez literaturę i filmy. Mam jednak wrażenie że Smoleński jest bliżej i głębiej. Że dotyka ważnego, nawet nie za mnie czy w moim imieniu, nie. Dotyka tego co boli w każdym miejscu na świecie. Człowieka. W Rosji widziałem pocztówki gdzie czasem pojawiali się ludzie. U Smoleńskiego jest człowiek, a tło niejako przy okazji, chociaż bez tego „tła” oczywiście by nie istniał.

To książka która dotyka też nas, Polaków. I wcale nie dlatego że spora cześć mieszkańców Izraela pochodzi z naszego kraju. Dotyka nas bo pokazuje co się dzieje w chwili gdy nie ma wspólnego celu. Gdy zgaśnie idea.

Izrael jest zakładników samego siebie. Swej historii, swojego istnienia. Im bardziej stara się  z tego stanu wydobyć, tym bardziej go pogłębia. Jest więźniem Holocaustu, jest więźniem tego współczesnego mitu założycielskiego. Bez niego, nowe państwo traci korzeń, którym nie jest już religia, ani tym bardziej język stworzony na nowo, tylko ów mit Zagłady.

To strasznie rozdarty kraj, w którym niemożliwe zdaje się pogodzić strony, ba, choćby doprowadzić do dialogu. Powstaje mur, ale ten mur powstał tam już w 1948 roku w umysłach.

Nie dziwi przywoływanie i cytowanie Amosa Oza, który ma rację pisząc już w 1967 roku ze obie strony nie zauważają siebie i swoich racji, stojąc na ufortyfikowanych pozycjach ideologii.  U Smoleńskiego widać ze barykady na początku XXI wieku jedynie są mocniej okopane. Nic się nie zmieniło, nadal głosy mówiące o podjęciu dialogu są zbyt wątłe i pojedyncze, by mogły zostać usłyszane.

To nawet nie tak ze my tam jesteśmy. Możemy poczuć smak kawy, żar nagranych murów czy duchotę baraków. To nie ta bliskość. To raczej głębokie poczucie obecności rozmówcy. Obcowania z człowiekiem.

Return to the Voice

(ten tekst miał się ukazać jeszcze przed naszym wyjazdem, oczywiście tak się nie stało, zostawiam go bez zmian, w formie szkicu, by mi nie zniknął)

Intrygujący tytuł, a dla mnie wieloznaczny, szczególnie powroty. W Szkocji zakochałem się od pierwszego wejrzenia. Miałem sposobność poznać ją odrobinę, ujrzeć jedynie jej północną część. Mimo spędzonych tam raptem kilku dni, wiem że część mnie pozostała gdzieś w dolinach, rudych trawach, na wybrzeżu, w zatokach, pod chmurami i w deszczu. I chciałbym jeszcze tam wrócić.

RtV

Oczywiście wrocławski Teatr Pieśni Kozła poszedł dalej niż zwykły zachwyt nad widokami i przyrodą. Nie pierwszy zresztą raz, chociaż po raz pierwszy skupili się na starych pieśniach szkockich. Grzegorz Bral jest dyrektorem wrocławskiego Festiwalu Brave (którego do tej pory nie udało mi się odwiedzić, stając się tym samym moim małym mitem). Gdy czytam jego wypowiedź Read More

Jak bym chciał rysować…

Stefan Zsaitsits – Austriak, rocznik 1981, maluje i rysuje. Przede wszystkim chyba rysuje.
Pierwsza myśl pobiegła ku Stasysowi. Pewnie dlatego że jako dziecko długo wpatrywałem się w okładki i ilustracje książek dla dzieci zaprojektowane przez tego artystę. Mimo że nie wracam do jego twórczości zbyt często, jak widać odcisnęła się pod powiekami. Druga myśl pobiegła ku Makowskiemu, i znów ta sama sytuacja, obrazy wyciągnięte z dzieciństwa, chociaż oczywiście daleko dalej… Wszystko to raczej połączone nastrojem, skupieniem, emocjami, niż techniką.

Jasny przekaz, lekka kreska i nastrój, wystarczający powód by zerkać i obserwować. http://www.zsaitsits.com

 

 

 

Urzekło mnie

Przewrotna formuła bloga jest wiadoma. Piszę dla siebie i chcę byście czytali.
Jest też i druga strona medalu, co i rusz w sieci natrafiam na ciekawe miejsca. Zdecydowana większość ląduje w Evernote, część z nich na profilu G+, czasem na blogu. I taki stan rzeczy mógłby pozostać niezmienny, ale od kilku dni w przeglądarce łypią na mnie otwarte karty. I nie za bardzo wiem co z nimi zrobić. Z jednej strony powinny wpaść do Evernote, z drugiej strony chcę podzielić się nimi. A skoro już mnie prześladują to egzorcyzm w postaci publikacji na blogu może pomocnym będzie.

_

Na pierwszy ogień idzie zjawisko nietrwałe jak otwarta karta w przeglądarce. Chwila nieuwagi i znika. Owszem, można sięgnąć do pamięci, komputera rzecz jasna i przywołać ją. Tylko skoro już pochłonął ją zero jedynkowy chaos… Read More

Travelling Sound

Taki oto tytuł nadaliśmy naszemu muzycznemu spotkaniu. Kilka spotkań, niewiele ustaleń i rozmów dotyczących muzyki. Kilka godzin spędzonych inaczej. Efektem było nasze oficjalne spotkanie w Daleko Blisko. Nasze czyli K. Novotnego, Tomka Kałużnego i moje. Czyli spotkanie Wysp Brytyjskich z centralną Polską. W Łodzi. I…