Szperanie w internecie ma to do siebie, że nie możemy mieć pewności co na spotka w przeciągu najbliższych minut. Żadna nowość, to fakt znany. Właśnie z tego powodu lubię od czasu do czasu pozwolić by kolejne linki odciągały mnie od strony źródłowej. Zerojedynkowe spacery.
Efektem jednego z nich jest napotkanie Pascala Savy. Buszując po Soundcloud i Bandcamp co i rusz natrafiam na zestawy budowli dźwiękowych doskonale wpisujących się w mój nastrój. Niestety, o wiele rzadziej udaje się to pierwsze, pozytywne wrażenie powtórzyć. Tak, to właśnie jest sieć – w sieci może publikować każdy. Pascal Savy zdecydowanie się od internetowego tła wyróżnia.
Muzykę opisuje się strasznie ciężko. Za każdym razem mam z tym problem. Najczęściej przywoływani zostają inni artyści w celu zakreślenia pewnego kręgu brzmieniowego (odnośniki!). W przypadku nagrań Pascla mam z tym problem, choć w mojej bibliotece iTunes nie brakuje realizacji o zbliżonej temperaturze i nastroju. Tym razem przejrzenie zbioru nie było przydatne, a i w pamięci nie znalazłem pomocy. I to wcale nie dla tego że nie potrafiłem (bo są takie dźwięki, znam je), tylko dlatego że za każdym razem wsłuchując się w krótkie, bo 20 minutowe EP czułem że nie powinienem. Przyznam że sam jestem zaskoczony.
Zaczynając po raz kolejny słuchać muzyki Pascala, towarzyszy mi myśl – „przecież to nie jest nawet odrobinę odkrywcze”. Nie jest, lecz siła i magia tych kilkuminutowych utworów sprawiają, że pomimo świadomości wyżej wspomnianych słabości, odpływamy. Ulatują porównania, ulatuje sporo rzeczy. I ja złapałem się na kilkusekundowych (?) dziurach w świadomości. Za każdym razem. A to nie zdarza się często, nawet największym.

Polecam zapoznać się z dwiema Epkami dostępnymi na profilu Bandcamp artysty. Polecam zacząć od „Fragments”.

