Piszesz o złej i dobrej typografii wokół nas. Tak jest. Zawsze było podobnie i najpewniej długo będzie. Będzie zły typograf i dobry. Będzie zły i dobry murarz, zły lekarz i konował. Ale ja sobie zrobiłem z jakości typografii własną, prywatną maszynerię selekcyjną. Mianowicie nauczyłem się nie czytać niechlujnych tekstów i odrzucać je, jak odrzuca się podgniłe truskawki. Nadawca tekstowego komunikatu, dla którego wszystko jedno, że cudzysłów w polskim tekście jest angielski, albo nie rozróżnia myślnika i łącznika, czy też pisze słowa pospolite wielką literą a imiona własne małą, jest przeze mnie na wstępie „zwolniony”. On nie pisze do mnie, ale do jakiegoś bezrozumnego plebsu. Do ludzkiej tłuszczy, która podobnie jak on zapomniała już, czego uczono w podstawówce. Odbieram to jako wciskanie kitu lub częstowanie tekstem nie przygotowanym, a więc — najprawdopodobniej niewiarygodnym.
Temat jakże odległy od powodu mej rozlanej ostatnio żółci. Jednak znakomicie oddaje sens. Ten wieloraki, niekoniecznie skoncentrowany . Z jednej strony zalewa mnie żółć, z drugiej mam wrażenie że piszę/myślę „masło maślane”. No przecież na ile można wykluczać się z kolejnych przestrzeni? Jak długo można krępować siebie i najważniejsze – jak długo trzeba sterować „własną maszynerią”? Powyższy cytat pochodzi z rozmowy Rafała Świątka z Andrzejem Tomaszewskim, którą szerze polecam – jest w niej sporo prawd oczywistych, odrobina przekory i bufonady, a przede wszystkim świat, którego mi na co dzień brakuje – coraz bardziej niestety.
Żal się zwiększa, kumuluje i przeciska co jakiś czas przez pory. Wywołuje pewne odruchy wchodzące w codzienny repertuar. Część zmysłów się wyostrza, część przytępieniu podlega, choć konstrukcji mam wrażenie nie wzmacniam.