„To wszystko” – aż nadto…

W notesie nazwisko Anderman zapisane jest od dawna. Na słowa i zdania konstruowane przez Andermana trafiłem wiele lat temu w Gazecie Wyborczej, w której wydaniach Świątecznej publikował swoje krótkiej formy – Fotografie.
Gazetowa cykliczność była satysfakcjonująca, musiało wystarczyć na tydzień bądź dwa. Nie mogłem przerzucić kolejnej strony, by spojrzeć w następną fotografię. Nieustannie był we mnie ich głód. I to było dobre.

Widząc grzbiet „Tego wszystkiego” w bibliotece wiedziałem co tym razem przyniosę do domu. Początkowo nieufnie, strona rozpadała się, nie umiałem utrzymać jej w ryzach. Zwątpienie, jakby to nie TEN Anderman. Nie potrafiłem wartko płynąć z linii na linię, nawet ze zdania na zdanie. Niechęć.

Drugie podejście już bez obciążenia. Zobaczę czy uda mi się przebrnąć przez pierwszych pięćdziesiąt stron. Przebrnąłem. Wsiąkam w kolejne strony, czytam i czytam. Prędkości nabrałem i w kilka dni skończyłem.

Skończyłem to odpowiednie określenie. Rozpęd wywołany ciekawością historii kpiącej z samej siebie. Zmęczenie, bo męczące jest powtarzanie raz zdefiniowanego twierdzenia i obracania go w ustach aż do papki. Wszystko zostało obrócone raczej bez potrzeby. Dziś można na to powiedzieć oczywista oczywistość, a jeśli pisarz czuje potrzebę by To wszystko wytłumaczyć, to zaczyna brnąć w oczywistość. Może jak bohater własnej powieści Anderman czyni To wszystko zbyt późno?

No i ten żuczek jakby nie w tę stronę.

Janusz Anderman „To wszystko”. WAB