Kolejny poniedziałek.

Zaczął się. Powieka leniwie podniesiona. Słońce atakuje siatkówkę. Podnoszę głowę. Plecy dźwigają się z wysiłkiem. Wstaję.

Ciepło skóry zderza się z zimnem drewna na podłodze. Staję, zerkam za okno. Wszystko jest jak było wczoraj.

Kuchnia, otwieram lodówkę, kilka łyków Wielkiej Pieniawy. Znów stoję.

Łazienka, w niej znikam na kilka minut. Prysznic, adorowanie własnego ciała.

Znów kuchnia. Herbata i plaster pasztetu. Na stojąco.

Dwie godziny później – poczta przeczytana i niemal odpisana. RSS odhaczone, jeszcze tylko ToDo na dziś i koło młyńskie zaczyna swój monotonny, miażdżący obrót.


About this entry