kawa lura
Łapczywie pochłaniam promienie słoneczne, rzucam się na nie, połykając zimne poranki do śniadania. Śniadanie składa się z kawy i liter. Kolejne pochłonięcie. Z jednej strony głód wszelakiego doznania wystawiony zostaje przeciwko potężnej sojuszniczej armii obojętności i zwątpienia.
Jaka wiedza wystrcza by kazdy dzien był? Na czym polega dzisiejsze szczęście? Na niewiedzy czy oszustwie? Czy fakt ze coś zapisuję oznacza że me myśli wychodzą poza schemat codzienności? Czy ta chwila oznacza coś więcej niż mycie zębów, zalewanie wadą patyczków herbaty. Czym się one rożnią?
Dzień niby inny, bo kolejny, ale doprowadzam gestami i czynnościami do tego że staje się wyłącznie powtórzeniami.
Może czas najwyższy by każdy dzień otrzymywał własne imie. Ileż już ich za mną jest. Nwet nie sraram się policzyć. Ile było już poniedziałków, piątków, poniedziałków? Wówczas wędrowanie po pamięci mogłoby się stać łatwiejsze. Dzień Chleba, Dzień Rozlanej Kawy czy dzień Kałuży. Z biegiem czasu jednak zaczęło by brakować nazw, zaczynały by nakłądać się na siebe, tworząc nieznane historie. Czy w takim razie najlepszym rozwiązaniem jest zapisywanie ich?
I co ? I znów zmaganie się z pamięcią. A przecież miało być łatwiej.
About this entry
You’re currently reading “kawa lura,” an entry on żywot kloszarda
- Published:
- 26 październik 2007 / 13:37
- Category:
- litzmannstadt, zyciowka
- Tags:
1 Comment
Jump to comment form | comments rss [?] | trackback uri [?]