Murcof – na żywo. ale…

jakby nie na żywo. Odniosłem wrażenie układania podczas setu pasjansa przez pana Ferdynanda. Niestety, poczułem się zawiedziony. Co z faktu że zasłaniał się ścianą komponowanego przez siebie dźwięku? I znów nie tak bym chciał by Fernando skakał po scenie, kręcił biodrami etc. Brakowało wizualizacji, szczególnie w miejscu takim jak Jazzga (które bardzo lubię i mam miłe wspomnienia). Murcof siedział za niewielkim stoliczkiem, przed nim Sony Vaio, kontroler i wiązka kabli. To wszystko. Dzisiejszy warsztat muzyka – typowy i nie zaskakujący. Ok, nie ma co uzewnętrzniać zażaleń, po prostu ten Pan tak się zachowuje i tyle (ani razu nie spojrzał przed siebie, kilkukrotnie delikatnie pokołysał korpusem nad laptopem, raz przerwał, by pomóc wyjść panu od aparatu zza kulis, nawet się uśmiechnął wówczas). Chociaż standardowa godzina muzyki na całej trasie (tylko jeden utwór zaskoczył mnie przearanżowaniem, albo ja już nie pamiętam ;) ) oraz kompletne olanie nas-publiczności – nie pamiętam by w Jazzge nikt nie bisował, pozostawiły mały gorzki smak. A miał to być miły jesienny wieczór.

ps. kto pamięta Murcofa z Płocka, niech zostanie przy tych wspomnieniach. Następne występy Pana Fernando jedynie z udziałem orkiestry.
ps II. ale towarzysko, przy stoliczku, było bardzo sympatycznie, za co dziękuję…


About this entry